Król Europy – wywiad z Marcinem Blauthem
W 2007 roku zdobył prestiżowy tytuł „King of Europe” w wyścigach na ? mili. Od trzydziestu lat prowadzi interesy z tym samym facetem. Zapalony narciarz, wychowujący kolejne pokolenia sportowców. Oto przed Wami Marcin Blauth – człowiek, który kończy zawody w niecałe 9 sekund!
Drag Racing, czyli wyścigi na ćwierć mili, stają się nad Wisłą coraz bardziej popularne. Jak każdy sport, tak i ten ma swoje „twarze”. W Polsce jedną z nich jest Marcin Blauth, posiadacz charakterystycznej półciężarówki wyścigowej o nazwie Tajfun, współzałożyciel firmy transportowej No Limit, miłośnik nart i motocykli, a także prozy czeskiej i iberoamerykańskiej.
Oto rozmowa, w której zdradza nie tylko swoje plany na ten rok, ale także opowiada o tym, co sprawia mu największą przyjemność i gdzie – już wkrótce – będzie można zobaczyć Tajfuna w akcji.
MęskaStrona.com: - Wdepnąć pedał gazu w podłogę i trzymać prosto kierownicę – tak większość ludzi widzi rolę kierowcy w drag racingu. Jak jest naprawdę?
Marcin Blauth: - Naprawdę to kierownicą trzeba kręcić, czasami nawet szybciej niż podczas zwykłej jazdy turystycznej po zakrętach. Przy tak dużych jak u nas nadwyżkach mocy, głównym problemem jest walka o utrzymanie trakcji. Szczególnie widać to przy autach dragowych z tylnym napędem, ale nas „czterokołowców” też nie omija przyjemność jazdy na zerwanej przyczepności i w krótkich, głównie kontrolowanych poślizgach. Im większa moc i gorszy tor, tym szybsza praca kołem kierownicy. Do tego dochodzi kilkukrotna zmiana biegów, procedura startowa, czujność na sytuację na drugim torze, próba ogarnięcia wskaźników obrotów i doładowania. Wszystko to sprawia, że w te osiem sekund z dużym hakiem (na razie) kierowca zbytnio się nie nudzi. Czasem zabieramy na „przejażdżkę” pasażera – on, ona, też się nie nudzą, bo to jedyna okazja przejechać się w dwie sekundy do setki czy w niecałe sześć do dwustu. Meta po dziewięciu sekundach i 250-270 na liczniku.
- Ile kosztuje jeden start?
- 50 pln/50 Euro, bo tyle wynosi przeważnie wpisowe. A tak na poważnie to: pół roku pracy mechaników, miesiące kombinacji nad rozwiązaniami technicznymi, głównie mojego przeciwnika z toru i speca z teamowego warsztatu VTG Grześka Staszewskiego, furmanaka kasy prywatnej
i sponsorów (Dunlopa i No Limit). Potem to już tylko kupić lawetkę, zatankować paliwo do holownika, zabrać rodzinkę i znajomych na pakę, aprowizacja na stacji, camping lub hotel i „wsio”. No może jeszcze parę złotych na paliwo do Tajfuna, bo ten ma apetyt jak mało kto – ze 300 l/100 km (całe szczęście, że dystans krótki i przejazdów nie więcej niż 10), a nasze wysokooktanowe paliwo to ponad dwie dychy za litr!
- Sport czy biznes? Co daje Panu więcej satysfakcji?
- Zależy od pory roku. Biznes najprzyjemniejszy jest na jesieni i wczesną wiosną, bo wtedy nie ma nart, wyścigów na ? mili ani windsurfingu. Dobre na biznes są też wtorek, środa i czwartek, niezależnie od pory roku. Ale czwartek tylko do późnego popołudnia, bo wieczorem jest piłeczka, a to rzecz „święta”. W tym roku „będzie” siedemnasty rok jak gramy w „gałę”. A wtedy się budzę, i znów się okazuje, że prawie się udało, ale roboty dalej huk – a to kryzys, a to klient znowu coś „wymyślił” i trzeba brać się za robotę – my działamy w usługach i całe szczęście praca się jak na razie nie kończy.
A satysfakcję daje jedno i drugie, bo i tu i tu są wyniki. W „No Limitowym” logistycznym biznesie cieszymy się nie tylko z wyników biznesowych i wskaźników sprzedaży, ale także z sukcesów sportowych naszych pracowników, a w sporcie bez wsparcia biznesu można sobie „pograć dla przyjemności”!

- Trzydzieści lat „spółkowania” z jednym facetem – to w biznesie raczej rzadkość. Wyjątkowy traf w doborze przyjaciela, czy może jest jakiś sekret, któremu zawdzięcza Pan tak dobrą passę z Andrzejem Strzeżkiem?
- Z tym „spółkowaniem” przez wiele lat to rzadkość nie tylko w biznesie. A nam biznesowo trzydziestka grozi dopiero za dziesięć lat – na razie to dopiero nędzne dwie dychy mijają w tym roku. Ok., znamy się z Andrzejem już ponad trzydzieści lat, w 78 poznaliśmy się działając razem w Zarządzie Akademickiego Klubu Narciarskiego – Andrzej był skarbnikiem, a ja Szefem Komisji Sportu – i los tak chciał, że plus/minus tak zostało i jest nadal.
Zawsze w życiu potrzeba trochę szczęścia, ale szczęściu trzeba pomagać – nic samo się nie dzieje. Szczególnie męskie przyjaźnie nie są takie proste i często wymagają sporo pracy – ważne, żeby ta praca była w miarę równo po dwóch stronach. Nasz sekret polega na tym, że z jednej strony mamy podobne zainteresowania (rodzina, biznes, windsurfing, narty, motory, trochę literatury ), a z drugiej kompletnie różne charaktery – Andrzej jest poukładany, systematyczny, lubi mieć sprawy pod kontrolą, nie działa gwałtownie i pod wpływem chwili. Ja dokładnie na odwrót. W naszym pokoju mamy nawet wspólny długi stół, łatwo się zorientować, kto siedzi po której stronie – u Andrzeja po pracy lśniący porządek, moja połowa założona niedokończonymi papierami i nie tylko!
- To dwie twarze Marcina Blautha -sportowiec i biznesman - które znamy. Jest jakaś twarz mniej znana?
- Każdy ma swoje różne oblicza, ja pewnie też. Ale często sami siebie znamy słabiej, niż inni, którzy nas znają. Pewnie żona i dzieciaki mogłyby na mnie sporo ponarzekać, ale może i tutaj znalazł by się jakiś nieduży sukces?
- Gdzie w tym roku będzie można będzie zobaczyć Tajfuna w akcji po raz pierwszy?
- Pierwsza runda Pucharu Polski będzie w tym roku na Bemowie, ósmego i dziewiątego maja (Men’s Day 2010 – przyp. red.). Powinno być fajne widowisko, dla nas to będą pierwsze próby w tym roku. Mój główny rywal, Grzesiek Staszewski mocno przygotowywał swoją Corvettę 4x4, sam jestem ciekaw, który zderzak będę częściej oglądał w tym sezonie – tylny czy przedni?
- Celem na 2009 rok było zdobycie Pucharu Polski zespołowo. Jakie plany na 2010?
- Plany zawsze takie same – do przodu i z humorem. Nie zawsze się wygrywa, nie zawsze są rekordy. Jakby tak było, to nie dość, że by było nudno, to jeszcze by nie było się z czego cieszyć. Ale oczywiście plany są. W tym roku w teamie Dunlop VTG No Limit Racing Team mamy nowego kolegę – to „czarny koń”, więc nie będę zdradzał jego personaliów, bo by się może konkurencja „wysypała”. Auto ma z napędem ma tylną oś, więc mam nadzieję, że przynajmniej mnie nie objedzie ;-)
No i pewnie znów ruszymy, oprócz zawodów w Polsce, na „podbój” krajów ościennych. Dodatkowo w tym roku zawody „King of Europe” odbędą się w lipcu w Rumunii. Będzie szansa na jakieś polskie sukcesy, bo pewnie sporo aut z Polski pojedzie, to może wykapiemy się w Morzu Czarnym?

- Jakieś niespodzianki w aucie? Pobije Pan w tym roku rekord Staszewskiego?
- W zeszłym roku zabrakło niecałych dwóch setnych! I to dwa razy miałem co do tysięcznych ten sam czas. Tak to w sporcie bywa. Na pocieszenie został mi fakt, że „wykręciłem” najlepszy polski czas na polskiej ziemi – 8.886. Pewnie uda się go poprawić, ale czy to w tym roku wystarczy? Życie pokaże. Ja generalnie jak większość w tym sporcie „nie pękam” i myślę, że na torze będzie w tym roku ciekawa walka. A od lat jest coraz szybciej, ciekawe czy i tak będzie w tym roku.
- Ile pieniędzy trzeba mieć, żeby zacząć przygodę z wyścigami na ćwierć mili? Można zacząć od fabrycznego auta z przeróbkami?
- Można mieć frajdę nawet autem streetowym, bez przeróbek. Są klasy, w których może wystartować praktycznie każdy. Inne pytanie, co komu sprawia jaką przyjemność. Mnie teraz trudno by się było cofnąć do małego Fiata, chyba że jednego z tych, którymi przyjechali tu bracia Skinerowie z Anglii – silnik 500KM tam, gdzie kiedyś była maska i przedni fotel, a kierowca w kubełku na wysokości tylnej kanapy. Tam, gdzie był silnik w „maluchu”, teraz są dwa nadkola. Takim „maluchem” to pewnie bym ruszył na miasto! Oczywiście dzięki sponsorom, m.in. Dunlopowi jesteśmy w stanie zbudować dużo mocniejsze maszyny.
- Wciąż trzeba ten sport w Polsce promować. Jakie warunki trzeba spełnić, żeby móc zaprosić zawodników na zawody?
- Długa i równa prosta, chętnie bez krawężników, drzew i latarni. Powinno też być w miarę szeroko, no i bardzo przydatne jest miejsce do hamowania, w przypadku takich aut jak nasze, trochę dłuższe niż prosta startowa. Trzeba też pomyśleć o widzach i ich bezpieczeństwie – te samochody lubią czasem „zgubić” tor!!!
- Podobno to motocykle są pańską prawdziwą pasją. Dlaczego więc „Tajfun”, a nie na przykład jakiś ztuningowany ścigacz?
- Motocykl to dla mnie narzędzie pracy. Jak tylko puszczą pierwsze śniegi od lat wsiadam na dwa koła. Zawsze lubiłem duże motory enduro. Była „Afryka”, był „Dakar”, teraz od paru lat jeżdżę na GS 1200. To nie są motocykle do wyścigów na prostej. Na takich maszynach przyjemnie jest ruszyć w zakręty. Dlatego oprócz codziennej jazdy do „roboty”, były tysiące kilometrów po górach , w Alpach, w Chorwacji, Francji, były też Pireneje, były górki w Portugalii i na południu Hiszpanii. A na prostej „tajfun” na razie wystarcza, tym bardziej, że do tego roku „leczył” najszybsze dwókołowce.
- Potężna firma logistyczna, wyścigi samochodowe, narty, rodzina. Zostaje czas na coś jeszcze? Co lubi Pan robić dla tzw. „odmóżdżenia”?
- Książeczka do poduszki to zawsze fajna rzecz. Trochę klasyki, czasem fajny kryminał, zawsze proza Czeska i Iberoamerykańska. Dobry jest dobry humor, a kartka zapisana drukiem często ma go pod dostatkiem.
- A może zajmie się Pan wydawaniem jakiejś gazety dla facetów? Może portal? Nie ma chyba w Polsce – oprócz naszej Męskiej Strony:) - niczego dla facetów myślących nie tylko o cyckach, ale i chcących dowiedzieć się, jak można w Polsce spędzić aktywnie lata dojrzałe.
- Z tymi dojrzałymi to bym nie przesadzał, jeszcze dajemy radę. A fajne cycki, nie urażając naszych lepszych połówek, nie są złe!
A co do portali to zostawmy tą robotę fachowcom – ja jadę 260 km/h po dziewięciu sekundach, a Wy w dziesięć sekund zamieszczacie 260 fajnych artykułów i komentarzy. Każdy robi co potrafi, a od święta możemy się wymienić – ja napiszę artykuł na Męską Stronę, a Męska Strona przejedzie się Męskim Tajfunem!
- Garść porad dla dzisiejszej młodzieży, czyli co robić, żeby w życiu być szczęśliwym i odnieść sukces?
- Szukać w życiu dobrej równowagi – mieć dobrych kumpli, znaleźć niegłupią i niebrzydką drugą połówkę, nie przestawać zbyt długo pod „budką z piwem (chyba już nie ma czegoś takiego), nie opieprzać się zbyt wiele w szkole, bo czasem wiedza się w życiu przydaje, spróbować robić rzeczy w miarę mądre i fajne, które na dodatek sprawiają satysfakcję. A do tego sporo konsekwencji i trochę farta – i recepta gotowa.
A jak się nie udaje to zatrzymać się, przeczytać instrukcję i zacząć jeszcze raz. I ważne – nikt za nas życia nie przeżyje, mimo, że sporo osób twierdzi, że robi to za innych!
- Dziękujemy za rozmowę i życzymy powodzenia na Bemowie.
Logowanie użytkownika







