Ludzka przystań, czyli Stephen King po szwedzku
Szwedzki horror? Jak najbardziej, ale tylko podany w formie książki autorstwa Johna Ajvide Lindqvista. Przyjemność podszyta lękiem gwarantowana. Coś o tym wiemy, bo „Ludzka przystań” od tygodnia szumi nam w głowach...
John Ajvide Lindqvist to bez wątpienia szwedzkie objawienie ostatnich lat. Gdyby był Polakiem to napisalibyśmy, że to taki Adam Małysz literatury. Zadebiutował w wieku 36 lat powieścią „Wpuść mnie”, która w 2004 roku zdobyła ogromną popularność. Nastrojowy horror o wampirze uwięzionym w ciele dziecka doczekał się wielu przekładów (w tym na język polski i… chiński) oraz doskonałej filmowej adaptacji, zatytułowanej równie dwuznacznie „Pozwól mi wejść”.

W tym roku dzięki wydawnictwu Amber możemy znaleźć na księgarskich półkach piątą już powieść Lindqvista zatytułową „Ludzka przystań”. A ponieważ na okładce widnieje napis: szwedzki Stephen King wydawany w 25 krajach, to postanowiliśmy sprawdzić, czy to mocne porównanie nie jest aby wyłącznie chwytem marketingowym...
Fabuła
Rzecz dzieje się na Domarö, niewielkiej wysepce w archipelagu Roslagen. To tutaj w biały dzień znika mała Maja, córka Andersa i Cecylii. Dziewczynka jakby zapadła się pod ziemię, pozostawiając po sobie urwane ślady na śniegu...
Mija kilka lat, po których Anders wraca na wyspę. Jego małżeństwo nie przetrwało tragedii, a on sam wypełnia pustkę po dawnym szczęściu alkoholem. Wszystko wskazuje na to, że wybrał Domarö na swój grób za życia. Jednak już pierwsza wizyta w dawnym domu gwałtownie wyrywa go z pijackiego otępienia. Kto zamknął drzwi, które on zostawił otwarte? Dlaczego na koralikach Mai nie ma śladu kurzu, choć nie ma jej już tak długo?
Wraz z upływem dni zagadek przybywa, a nastrój niepokoju rośnie. Anders zaczyna więc szukać odpowiedzi i odkrywa pomału, że za zniknięciem nie tylko Mai, ale i wielu innych osób stoi... morze.
Szwedzki King
Gatunkowo jest „Ludzka przystań” horrorem, ale - podobnie jak w przypadku „Wpuść mnie” - bardziej psychologicznym niż bazującym na krwi i makabrze. Akcja toczy się w powolnym, hipnotycznym rytmie, główną uwagę skupiając na bogatej menażerii postaci. A tych jest wiele: od nękanego wizjami Andersa, przez niegdyś piękną kobietę, którą ktoś lub coś zmusza do ciągłego oszpecania się, starca i jego niezwykłego towarzysza mieszkającego w pudełku po zapałkach, po nieżyjących od dawna chłopców, terroryzujących miasteczko. Losy każdej z nich to w gruncie rzeczy z wyczuciem i bez uciekania w banał opowiedziane historie miłosne, a wszystko oplata fantastyczną, zupełnie nam obcą, lodową scenerię skandynawskich mitów.
„Ludzka przystań” bardziej jest podróżą w głąb ludzkiej natury, niż typową powieścią grozy. Niemniej jednak podróżą atrakcyjną i zasługującą na wyróżnienie. Wiesz już, drogi Czytelniku, co dokupić za tydzień do kwiatka?:)








