Selekcja 2009 - sylwetka zwycięzcy
Ostatniego dnia Selekcji major posłał mnie do "zagrożonych". Pomyślałem wtedy, że drugi raz nie dam się załatwić. W każdym mięśniu czułem ostatnie 120 godzin, ale w jednej chwili padłem na pomost i zacząłem "pompować"...
Kamil Bobyla to jedna z dziewięciu osób, które w tym roku nie dały się pokonać majorowi Kupsowi i jego Selekcji. Tym samym Kamil spełnił marzenie towarzyszące mu od chwili, w której jako 15-latek zobaczył "rzeźnię Kupsa" w telewizji. Smak zwycięstwa poczuł już za drugim razem. Rok temu, podczas pierwszej próby, długie marsze złamały go pod koniec trzeciego dnia.
- Chyba nic gorszego nie mogłem wtedy zrobić - wspomina Kamil, z którym spotykamy się w jego rodzinnym Olkuszu. - Oddanie opaski to jak przyznanie się całemu światu, że jesteś na to za cienki. Strasznie mnie to potem bolało, ale dałem sobie słowo, że za rok prędzej padnę trupem niż znów się poddam.
Być jak Bruce
Olkusz to niemal wymarzone miejsce dorastania dla aktywnego nastolatka. Blisko stąd na Jurę Krakowską, gdzie całymi godzinami można chodzić po skałkach. Nie to jednak ciekawiło Kamila w młodych latach. Odkąd pamięta, ciągnęło go do sportów walki. Zaczął jak wielu przed nim, od karate i marzeń o umiejętnościach Bruce'a Lee. Szybko dostrzegł, że karate jest dla niego zbyt spokojne i zmienił je na kickboxing, gdzie miał więcej walk z żywym przeciwnikiem.
Wciąż było mu mało. Żeby poprawić się na ringu zaczął intensywnie biegać i godzinami pływać na basenie. Gdy półtora roku temu zamknięto w Olkuszu sekcję kickboxingu, zaczął trenować jeszcze więcej. Wiedział już, że taki trening pomoże mu na Selekcji.
Po pierwszej porażce na poligonie w Drawsku Pomorskim postanowił pójść z kolegami do Zakopanego. 150 kilometrów przeszli w niecałe cztery dni, po których przez dwa tygodnie chodzili po górach.
- Piesze wędrówki polubiłem dzięki oazom, na które chodziliśmy od pięciu lat z księdzem Jackiem Michalakiem z Olkusza - opowiada Kamil. - Naszym celem zawsze były góry i to właśnie nauczyło mnie, jak pięknie może być pod gołym niebem. I to bez względu na to, czy akurat leje, wieje czy temperatura spada poniżej zera.
Druga próba
Przez całą III klasę liceum Kamil wspomina chwilę słabości i wstyd, jaki czuł po oddaniu majorowi opaski. Nawet na chwilę nie przestaje trenować, ale prawdziwy maraton zaczyna dopiero po zdaniu matury. Codzienne biegi, marsze, pływanie i wyczerpująca walka z workiem. Zero imprez i picia czegokolwiek z procentami. Stawka jest zbyt duża, a cel tylko jeden - nie dać się Kupsowi...
Nadchodzi 17 lipca, dzień Preselekcji. Na stadion w Bydgoszczy przyjeżdża z całej Polski ok. 600 ludzi. Po pierwszym dniu zostaje ich już tylko 97. Ruszają do Drawska. Za najmniejszą niesubordynację instruktorzy karzą bezlitośnie. Kamil dostaje 30 sekund kary, za zwrócenie koledze uwagi.
- W sobotę rano major powiedział, że od tej chwili już nikt nie gada. A ja klepnąłem kumpla, który ciągle coś nawijał i obaj dostaliśmy po pół minuty kary.
Żeby mieć na Selekcji szansę przetrwania do końca nie wystarczą góry stalowych mięśni i żelazna kondycja. Równie mocną trzeba mieć psychikę i pamięć, bo co chwilę pada pytanie o coś, co mijało się kilka godzin wcześniej.
- Bardzo pomogło mi to, że zimą wziąłem udział w imprezie „Kryptonim Kotlina" (zimowa "zabawa" dla twardzieli, też od majora Kupsa - przyp. red.). Tam było tak, że zapamiętywaliśmy nawet, jakiej marki telewizor gra na mijanej przez nas wystawie.
Jeszcze na stadionie w Bydgoszczy Kamil zapamiętał wszystko, co tylko wpadło mu w oko. Przydało się.
Tuż przed wręczeniem koszulki major spytał go o liczbę instruktorów. Było ośmiu...
Nazywam się 28
Na selekcji nie ma imion i nazwisk. Są numery. Kamil przez pięć dni nazywał się 28. Nigdy nie wolno powiedzieć, że nazywasz się inaczej. Tak jak 26, którego podczas nocnego czołgania jeden z instruktorów po raz kolejny spytał, czy jest pewny, że tak właśnie ma na nazwisko. "Tak, po ojcu!" wrzasnął 26.
Śmiali się z tego jeszcze długo po tym, jak wściekły instruktor pięć razy przegonił ich po polach...
Tegoroczna Selekcja różniła się od tych jedenastu poprzednich. Było bardzo dużo zadań w wodzie i jeszcze więcej zależało od głowy. Zmęczeni uczestnicy co chwilę musieli recytować coś z pamięci, dodawać liczby albo zapamiętywać ciągi znaków. Czasem trzeba było też wykazać się sprytem. Tak jak przy zadaniu ze świecami, które polegało na tym, że dostawało się w łapy zapałki i trzeba było z nimi przepłynąć 50 m do pomostu na którym stały świece.
- To był czwarty dzień i zostało nas tylko kilkanaście osób. Ilość zapałek zależała od tego, jak robiłeś wcześniej zadania - opowiada Kamil. - Ja zaliczyłem już kilka wpadek, więc dostałem tylko dwie, a Alicja (jedyna kobieta, która ukończyła w tym roku Selekcję - przyp. red.) dostała maksymalną ilość, czyli cztery.
To już jest koniec
Piątego dnia rano Kamil był w grupie zagrożonych odpadnięciem. Powód: zbyt dużo kropek w notatnikach instruktorów. Wiadomość działa na niego jak zastrzyk z adrenaliny prosto w serce. Z całych sił wbiega na długi tor przeszkód. Przed nim grząska łąka, chwilami zmieniająca się w zdradliwe bagno. W szeregu stoją drewniane pieńki, ale upadek z nich grozi kontuzjami. Lepiej jest przedzierać się dołem. Tuż obok wybuchają petardy i wszystko tonie w gęstym dymie. Szybko, szybko... przecież gdzieś tam, na końcu, stoi major ze stoperem w dłoni.
Po krótkiej chwili odpoczynku przychodzi pora na labirynt. Żeby z niego wyjść trzeba zawsze trzymać się jednej strony. Żeby zaliczyć, trzeba w ciemnościach odnaleźć trzy figury. Początkowo Kami pędzi przed siebie, cały czas zachowują kontakt ze ścianą wyciągniętą ręką. Dopiero w połowie przypomina sobie o figurach. Odwraca się, zmienia rękę i wraca w poszukiwaniu trójkąta.
Od razu po ciemnościach labiryntu zaczyna się przesłuchanie. Ostre światło w oczy i dziesiątki krzyżowych pytań: przepis na jajecznicę, imię matki... I nagle pojawia się mała metalowa skrzynka z kłódką. Żeby ją otworzyć trzeba podać z pamięci pięć cyfr, które wchodzą w skład 21-cyfrowego kodu. No i zapomnieć o majorze, który stoi nad głową i krzyczy, że zostało już tylko kilka sekund.
Wewnątrz skrzynki Kamil znajduje kartkę: jesteś w finale!
Choć to jeszcze nie koniec, to wiara w końcowy sukces rośnie. Dzięki temu, że otworzył skrzynkę Kamil przechodzi do grupy niezagrożonej odpadnięciem. Warto było nie szczędzić sił na przygotowania i od miesięcy trenować pamięć, dodając w pamięci trzycyfrowe liczby. Wraz z całą grupą idą na pomost, co na Selekcji zawsze oznacza jedno - pompki.
Finał zaczyna się od morderczego tempa, 1... dół i przytrzymanie, 2... wyprost, 3... dół i przytrzymanie. Chwila przerwy. Kamil przeciąga się, żeby rozciągnąć bolące mięśnie i... w tym momencie major wyrzuca go z niezagrożonych! Tak blisko końca. Kamil zaciska zęby i... wytrzymuje wszystko. Po kilkunastu minutach wie już, że marzenia się spełniają.
Jakże prawdziwe wydaje się w tym momencie motto Selekcji wyryte na "nieśmiertelnikach" - dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą...
Rowerem przez Europę
Pomysł wyprawy rowerowej narodził się jeszcze przed Selekcją. Razem z kolegą wybrali Chorwację, bo ciągnęło ich nad morze. Najpierw myśleli o Paryżu, ale zgodnie stwierdzili, że nie ma tam nic ciekawego.
9 września wyjechali z Olkusza w liczącą 2000 km podróż. Po dziesięciu dniach byli już w miejscowości Senja nad Adriatykiem. Dwa dni dłużyły im się strasznie i tylko zdrowy rozsądek kazał im porządnie odpoczywać. W drogę powrotną wyruszyli nieco krótszą trasą.
- Z powrotem jechaliśmy osiem dni, na szczęście bez żadnych niespodzianek. Nauczka na przyszłość? Nigdy już nie wyjadę z domu bez nowych opon na kołach.
Harpagan
Nagle zauważamy, że wokół nas jest już ciemno. Rozmowa przeciągnęła się, choć jeszcze dziś Kamil robi kolejną zwariowaną rzecz - razem z dwoma kumplami (Marcin i Bartek) wybierają się na nocny "spacer". Z kompasem w dłoni chcą przejść 50 km. To jeden z elementów treningu przed 38. Harpaganem, ekstremalnym rajdem na orientację.
Logowanie użytkownika






